Proza

Książka się podarła

Książka się podarła, muszę ją skleić.

A dlaczego się podarła?

Widocznie nie mogła już znieść tego, w czym przyszło jej żyć. Rozpruła swoje wnętrzności w bezdusznym harakiri jakby zupełnie zapomniała, że nie jest tutaj tylko dla siebie. Egoistyczne strzępy słów spoczęły na stole, kilka skrawków opadło na podłogę. Zdania przestały być jednością; możemy się nawet zastanawiać, czy były nią kiedykolwiek, skoro wewnętrzny ogień tak szybko je spalił. Zgasły wykrzykniki i wypaliły się kropki, wieża Babel pochłonęła niedokładne tłumaczenia, symbol na okładce został przedarty wpół. Samotny autor pochylił zmęczoną głowę nad pogorzeliskiem swej pracy, puste spojrzenie omiotło skutki wielozadaniowości i nakładów pracy, już nieważne, już nie warto. Przed nim leżała zdruzgotana okładka, szczątki liter, iluzje wyrazów. Przetasował je niepewnym ruchem, kilka kawałk–ów bez-trosko o-padło na je-go ko-lana. Nie przejął się nimi, przywarł wzrokiem do tych pozostałych. W ciepłym, żółtym świetle wydawały się lewitować, pozbawione krawędzi, balansujące na chropowatej przestrzeni. Paznokieć musnął papier, siła myśli zaczęła tworzyć wnioski, wnioski przemieniły się w ruchy, ruchy napełniły się celowością. Ujrzana gdzieś w cieniu tabula rasa ziała stertą możliwości. Oczy dostrzegły taśmę i nożyczki leżące gdzieś pod gruzami papierologii. Odrzucił taśmę, nożyczki jawiły się jako lepsze narzędzie do dokonania ostatecznego zniszczenia. Zimna furia naciskała na jego palce tnące kartki na karteczki, karteluszki, słowa, słówka, przysłówki. Nie zwracał uwagi na znaczenia liter, wszelka logika wypowiedzi została im odebrana. Spojrzał na stos ofiarny ściętych drzew w procesie recyklingu i westchnął, pozwalając rozprysnąć im się na miliony nowych lokalizacji.

Pozwolił odpocząć spracowanym palcom, dopił resztkę kawy odławiając z niej pozostałości po tym, co kiedyś było składnym alfabetem i sięgnął po okładkę. Jeszcze raz pozwolił, aby zdjęła z siebie kolejną warstwę żalu i gorących niedopowiedzeń, po czym przystąpił do pracy. Plastry taśmy spajały nowe powiązania, zakręty logiczne, próżnie składniowe i doliny stylistyczne. Tym razem postawił na minimalizm: wybierał tylko te skrawki, które najtrafniej znajdowały się na drodze jego palców, dawał nowe życie wyłącznie tym, które mogły zaprowadzić go do nowej przyszłości. Cała reszta lądowała w pojemniku degradującym pozostałości dawnych znaczeń do słowa „papier”.

Dzieło życia stało się obrazem czterech kartek wyklejonych drobnym maczkiem liter. Pozornie bezwartościowe, stawiały w nowym świetle to, czego do tej pory bał się zobaczyć. Zastanowiło go, czy to, że książka „się podarła” nie było tylko marnym usprawiedliwieniem, bezosobowo tłumaczącym jego podświadome zamiary. Trudno było przyznać się do tego, że książka sama w sobie nie stała się tworem ożywionym, zdolnym do autodestrukcji, a w rzeczywistości to on mianował się na autora ostatecznego unicestwienia. Postanowił wyznać prawdę, sobie i całemu światu.

Podarłem książkę, nie muszę jej sklejać.

Pozwolił sobie na chwilę wolności, rodem z autoreklamy, podnoszącą jakość życia i ukazującą nowe możliwości. Możliwości, których prawdopodobnie już nigdy nie wykorzysta, ale sama świadomość, że są obecne gdzieś w czasoprzestrzeni, napełniała przyszłość nowym światłem. Przed nim leżał brudnopis jego życia, zbyt cenny aby narażać go na jakiekolwiek poprawki.

Nie wiedział jeszcze, że kolejnego wieczoru dzieło życia znów stanie roboczymi skrawkami, gotowymi zamienić się w arcydzieło epoki.

Twórczość pożarła destrukcję. Nicość stała się słowem.

Destrukcja pożarła twórczość. Słowo stało się nicością.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.