Proza

BojKOT

Ciche dzwonienie deszczu o parapet, welurowe ciepło koca i zapach świeżo zaparzonego Earl Greya. Zimne lato mamy w tym roku, ponure takie i depresyjne. A w dodatku ten remont. Kamienica obok schowana pod gęstym rusztowaniem czeka na renowację swojego chłodnego profilu. Robotnicy w pajęczynach siatek pełzają po żelaznych podestach.
Miau.
O proszę, jeszcze chce im się żartować. Jak dzieci po prostu.
Miau.
Znowu? Tym razem zabrzmiało zbyt poważnie, zbyt prawdziwie. Przełamując swoją strefę komfortu odrzucam kryjówkę z koca i wychodzę na balkon. Brr, nie spodziewałam się aż tak ostrych podmuchów wiatru – moja skóra momentalnie tężeje, ramiona pokrywa gęsia skórka. I wtedy zauważam jego. Osobliwie zielone, dogłębnie przerażone spojrzenie zatrzymuje mnie w pół kroku. Krople deszczu oblepiają kolorowe futerko. Żałosny płacz sytuacji bez wyjścia. Na wysokości mojego balkonu, wplątany w żelazny labirynt blaszanych struktur, siedzi kot.
Sam nie wie, w jaki sposób udało mu się zawędrować tak daleko. Nie wygląda na ulicznika, spogląda w stronę balkonów sąsiedniej kamienicy, ciągnie go do ludzi. Już wie, że popełnił wielki błąd planując zwiedzanie wielkiego świata właśnie w ten sposób. Na moich oczach lega w gruzach przekonanie, że kocie ścieżki zawsze prowadzą do celu.

Stoję bezradna. Za duża odległość dzieli mnie od kota. Przeszywające prośby o pomoc wciąż obijają się o moje uszy kakofonicznym echem. Uspokajam, spowalniam je głosem. Coś na pewno da się zrobić. Niech zaleje mnie chłodne rozumowanie. Wilgotny powiew mżawkowiatru. Choć nigdy nie byłam dobra z matematyki, obliczam trajektorię kociego lotu, pola lądowań, rachunek prawdopodobieństwa. Wynik dodatni, zapada decyzja. Mówię mu – leć. Patrzy zdziwiony. Wie, że może wszystko, lot w kosmos to nie problem, spacer po drodze mlecznej to raj a czarna dziura to na pewno niezły obiekt do drapania, ale moja prośba chyba go przerasta. Nawołuję: leć. Widzę wahanie, jakby się zastanawiał, czy jego moc jest potężniejsza niż energia grawitacji. W końcu następuje przesilenie. Kot wstaje, sprawdza sprężystość każdej z czterech łap, prostuje ogon. Odnajduje w sobie myśliwego. Celem jest oddalony o dwa metry sąsiedni balkon. Koniec zwlekania, parapet jest ofiarą, drapieżnik musi ją przechwycić. Głuche plasknięcie łapek o ceramiczne kafelki. Poduszki amortyzują upadek. Upadku nie ma, jest powstanie. Wylądował.

Jednak to nie koniec naszego problemu. Ustała wilgotność metalowej konstrukcji, ale samotność nadal pozostaje obecna. Zamknięte balkonowe drzwi to cios prosto w kocie serce. Postanawiam wkroczyć do akcji bardziej intensywnie. Narzucam sweter, wyrzucam z siebie szybkie dozobaczeniawkrótce i rzucam się do wyjścia. Biegnę po schodach i przez strugi deszczu, wpadam centralnie w obce drzwi podtrzymywane przez znudzonego robotnika. Gubię się w nieznanej kamienicy i w swoich myślach. Odszukuję schody i rozpoczynam wspinaczkę. Dziwne odgłosy i zapachy, teraz niczego nie mogę być pewna. Oddech starszej pani wychodzącej na samotny deszczowy spacer.
Przepraszam, czy pani nie wie, nie słyszała? Kot, kolorowy, może ktoś z sąsiadów szuka? Dobrotliwe spojrzenie nie potrafi mi pomóc, nie, nie wie, ale proszę pytać tego spod trójki, on ma koty. Dzwonek, szuranie kapci, zaciekawione spojrzenie. Historia, która lubi się powtarzać, o kolorowym kotku na balkonie. Tym razem zdziwienie. Jak to kolorowy? Zielony, niebieski? Nie. Kolorowy na swój koci sposób, futerko zanurzone w węglowo-śnieżnym zachodzie słońca. Rozumiem, ale niestety u mnie wszystkie kotki w domu, może ta spod szóstki coś wie.
Dziesięć schodów, trzy oddechy, dwa krótkie dzwonki, drzwi z numerem sześć. Kotek, naprawdę? Chodźmy na balkon, zobaczymy. Faktycznie siedzi, ale to daleko, nie ten pion. Dziękuję w takim razie i do widzenia.
Ostatnie drzwi. To już na pewno te. Podejrzliwe spojrzenie przez wizjer, uchylenie drzwi na szerokość łokcia. Kotek, kolorowy, balkon… Bzdury. Nie ma i nie było żadnego kotka. Prawdopodobnie też żadnego balkonu. Koty nie bywają kolorowe i nie mieszkają na balkonach. Nie skaczą na rusztowania w deszczu. To pomyłka, nie mam z tym nic wspólnego. Zupa się sama nie ugotuje, żegnam.

Koniec przygody. Wracam do domu, misja niespełniona, kotek bezdomny, balkonowy. Jego tragedia pozostaje naszą tragedią, ale niczyją więcej. Kolejne problemy nie są nikomu potrzebne. Znów ciepło pokoju, zapach herbaty i koc. Niedomknięte drzwi balkonowe przypominają o zmokniętym futerku. Muszę go pocieszyć, zapewnić, że próbowałam, że chciałam, że…Pusto. Cicho. Zniknął. Nawet śladu po wilgotnym ogonie, funta kolorowych kłaczków. Mija ułamek sekundy i widzę poruszenie za firanką. Firanką niegościnnego domu, którego właściciele nie są do końca pewni, czy posiadają balkon. Nylonowa siatka skrywa kolorową główkę, zielone oko – czy to być może – przesyła mi porozumiewawcze, zakotwiczone mrugnięcie. Więc jednak wrócił do swojego domu, wygrał z grawitacją poczerniałych ścian. Ma w sobie coś łobuzerskiego, jakby cała ta wycieczka była koleją dobrą draką w jego wielobarwnym życiu. Zresztą, może to nie była wycieczka, tylko próba ucieczki przed normalnością, zakończona jednak powrotem do dobrze znanego spodeczka z mlekiem (samo się w końcu nie wypije, chyba nie warto uciekać). Może wcale mnie nie potrzebował, mojej pomocy, akcji ratunkowych? Nieważne. Liczy się to, że dał mi okazję do zobaczenia kolorowej tęczy z perspektywy balkonu. Hemingway na pewno byłby dumny.

2 thoughts on “BojKOT”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.