Proza

Autocatharsis

Spokój, spokój niezmącony okala moje wizje. Niewidzialna harmonia rozwiewana wiatrem ciepłą bryzą pieści korony drzew. Na trawie odgnieciony kształt, porzucony śmiech, uwieczniony teraz przemarszem kolumny mrówek. Chmury, gnane nadziejami, zwiedzają świat i poszukują nowych horyzontów. Na nic się zda fakt, że ptaki wytyczyły je wcześniej.One wolą podążać własną drogą, jak ja. Zwalniam miejsce w epicentrum wszechświata, oddaję przestrzeń natłokowi spraw. Niech płynie swobodnie. Niech unosi się i opada porywają  mnie za sobą. Stawiam jednak warunek – nie na zawsze. Czasem pozwalam się porwać prądowi, czasem to ja steruję jego biegiem. Nie potrafię przyjąć jednej słusznej zasady by wiedzieć, że postępuję właściwie. Moja baza chwieje się na wietrze, ale nigdy nie załamuje. Ma dobry trzon, zapewne zbudowany na skale. Słucham wycia fal, momentami mam wrażenie, że zalewają mój umysł. Tumany spiętrzonej wody dostają się do środka, burza szaleje. W tej burzy jest oczyszczenie, strumienie wypłukują wątpliwości. Autocatharsis. Rozlewiska szybko wysychają, a w świeżo ukształtowanych płaszczyznach można znaleźć perły. Zakładam je sobie na szyję i noszę dumnie emancypując moje przemiany. Oddech zmienia rzeczywistość w mniej ogólną. Drgnienia powiek zwiastują nadejście jawy. Wychodzę jej naprzeciw i wyciągam ramiona. Pozwalam, aby stopiła się z harmonią.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.