Proza

Ambalaż pięciu zmysłów

Jesteś głosem w mojej głowie. Mieszkasz gdzieś z tyłu, a może z boku, nie wiem. Pojawiasz się w najważniejszych i najmniej ważnych momentach, zupełnie jakbyś nie miał wyczucia czasu ani przestrzeni. czasem rozmawiamy o życiu we wszystkich znanych nam językach, czasem milczymy załamani sobą nawzajem. W mgliste poranki mam ochotę Ci powiedzieć, że jesteś nawet gorszy niż mój własny cień, on przynajmniej znika, kiedy przepłoszy go światło. A Ty jesteś zawsze, nawet w nocy. W bataliach świadomości z podświadomością udaje Ci się uciec na zewnątrz, ale zaraz wracasz, pewnie przerażony tym co jest poza moim umysłem, chociaż czasami wolę myśleć, że po prostu mnie potrzebujesz. Mam rozumieć, że jesteśmy jakąś nierozerwalną jednością?

Nie jest żadną sztuką wpatrywanie się w ciemność. Ona otacza i przenika, unieruchamia, wstrzymuje. Rozlewa się jak czarny kot w swoim własnym cieniu, a nawet miauczy złowieszczo, ot tak, od niechcenia. Jednak w pewnym momencie ciemność umiera, a może raczej zostaje zastąpiona brakiem ciemności. Światło promieniuje, zostawia po sobie pozorny chaos i nadaje sens. Jego asymetria zostawia po sobie trwały ślad pomimo ucieczki w nicość. Więc światło ma przewagę liczebną. Więc nie jest żadną sztuką wpatrywanie się w ciemność.

Czujesz? To opary twojego strachu wiszą gęsto nad łóżkiem. Spowijają cię od stóp aż po czubek głowy, lepkie i kwaśne. Oddychaj.Wdech – stajesz do walki ze swoim alter ego, przybliżasz się do jego płytkości, Wydech – ambalaże prowizoryczności opadają, wymykasz się z jego ramion. Kolejne zaczerpnięcia powietrza oddalają cię od wroga. To nie tak, że on zniknął, wciąż widzisz jego nieruchome oczy utkwione w twojej sylwetce. Po prostu nie ma już żadnej władzy. Zastanów się nad oddechem jeszcze raz. Czy czujesz jego zapach? Powietrze wibruje świeżo ususzonymi nasionami lawendy.

Strumienie płyną gładko, nie zastanawiając się nad swoim biegiem. Każde – strumienie wody, myśli, życia i komercji. Jedyne, co liczy się w tej chwili to szarlotka polana strumieniem wanilinowego sosu. Wzruszająca ciągłość – to egzystencja czy karmelowa zawiesina? Chrzęst kroków prowadzących do celu, albo cynamonowe jabłka ustępujące górnym siekaczom? Trzepotanie serca, trzepotanie języka. Finalny kęs, dolce vita. A potem chwila refleksji nad talerzem pełnym złotych plam i okruszków.

Naszą dewizą jest trzydzieści sześć i sześć. Nie akceptujemy odchyleń od tego poziomu, sumy muszą pozostać zgodne. Gdy obiekt o odpowiedniej temperaturze styka się z innym obiektem, następuje zwarcie. Grzanie się w plastiku, szelest materiału albo iskra emocji. Zanurz dłoń w nieznanym. Upajaj się strukturą, bujną chropowatością, rzemieślniczym monolitem. Wygładzaj fałdy wzruszenia, przeistocz linię prostą w chaos. Pozwól swojemu umysłowi dotknąć świata naprawdę świadomym dotykiem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.